Wiersze

https://odra.okis.pl/article.php/560

 

,,Wnosi pan wiele świeżego, delikatnego i czułego. Potrzebne są takie głosy w tym wadzeniu się z bezceremonialnym, trywialnym, wściekłym.”

Karol Maliszewski

 

https://piotrwiktor.blox.pl/2010/04/Hubert-Czarnocki-Wolania-3J-Studio-Grafiki-i.html

 

,,Przez tę poezję mówi  pragnienie niewiarygodne, namiętne, gwałtowne. Nieomal mistyczne, prowadzące do zatracenia, dezintegracji podmiotu, do samo-zapomnienia”

 

Piotr Wiktor Lorkowski

 

,,Fraza” 2/2011

 

,,W wierszach Huberta Czarnockiego zaciekawił mnie właśnie ten motyw światła, wyraźnie łączony z etyką i religijnym poznaniem. Jego ,,święte światło” przenika świat niczym kosmiczna siła, wprawdzie ukryta przed ludzkimi zmysłami, ale przecież przeczuwana, a nawet oczekiwana.”

 

Janusz Pasterski

 

Zgubiony

 

Ty, który znasz wszystkie

gwiazdy po imieniu.

Który każesz rosnąć

w górę łodydze,

a w dół korzeniowi.

 

Który łączysz sprawy

śpiewających ptaków

ze sprawami

szumiących traw.

 

Wytęskniłem cię

za wszystkich sił.

Każda kropla mojej

krwi płonęła do ciebie.

Dzwonki na szyjach

owiec wydzwoniły

psalm dla ciebie.

 

Przedzierałem się za tobą

tysiąc lat. I chociaż

w końcu cię znalazłem,

nie znalazłem cię całego,

bo noc spadła mi na powieki.

 

Jak mam teraz żyć

z tobą bez ciebie.

Jak mam teraz widzieć

będąc ślepym.

***

Po życiu

Czekając na śmierć,
nerwowo przestępuję
z nogi na nogę.

Czasem chodzę w kółko,
a czasem niecierpliwie
stukam łyżeczką w stół.

Każdego ranka wygrzewam się
na słońcu patrząc w niebo
i o niczym nie myśląc.

Wszystkiego się wyrzekłem,
wszystko zostawiłem za sobą,
odwiązałem się od rzeczy.

Nic już mnie nie spotka.
Żyłem chociaż żyję,
liczę chmury na niebie.

***

Przemknęło, przemignęło,
błysnęło i zgasło.

Przesunięto inscenizację,
przewinięto film.

Końcowe napisy wyświetlały się
na czyjejś twarzy i dłoniach.

Ktoś nosił krzesła,
książki, przestawiał stoły,

zbierał rekwizyty,
które trzeba było wyrzucić.

One parowały, dymiły się,
znikały i cofały.

Pewien człowiek zapisał je
kiedyś na wietrze
i teraz wracały do niego.

Wracał też sam człowiek,
pląsały znikome trawy
jego spraw.

On unosił się do góry
i patrzył jak samochody
na ulicach i piloci

w samolotach
ścigają się do śmierci,
wstępują w chmury.

***

Zapisuję sobą dni, naznaczam,

Każdą chwilę poświadczam oddechem.

Nowy dzień przesuwa moją figurę

w stronę śmierci,  na jej

czarne pola.

 

Ile uniosę z tego dnia?

Co uda mi się ocalić

w zawiniątku pod koszulą?

 

Każda godzina się wydarzyła.

Mam na to dowody.

Mnóstwo śladów

na całym ciele.

 

***

Za chwilę poranek,

a na blednącym niebie

wyświetlają się końcowe napisy.

 

Wiatr porywa strzępy

naszych ubrań.

Płoną nasze zapiski,

listy i hipoteki.

 

Za chwilę, za kilka

milionów lat

będziemy kolejną

warstwą ziemi

o łacińsko brzmiącej nazwie.

 

Co znaczyły twoje zabiegi

wokół ciała i kilku

okolicznych przedmiotów?

Teraz, kiedy ziewając pytasz

dobrze grałam?

 

Niedbale odrzucasz kostium,

zmywasz farbę z twarzy,

wychodzisz i pewnym

gestem odwiązujesz

łódź od przystani.

***

We mnie na zachodzie wojna,
śmierć chce się wedrzeć na zielone łąki,
we mnie stuletnia wojna,
wojna dwóch róż.

Coś jednym szarpnięciem porwało
tamten dzień, kiedy biegałem po sadzie.
Zapomniałem jak pachniała
tamta dawna dziewczyna i jak brzmiał jej głos.

Opadają ze mnie, mijają mnie podmuchy,
listy, gwar starych rozmów.

I jestem coraz mniej podobny
do tamtego chłopca,
który chodził po drzewach.

 

***

Kaskady i wodospady światła,

a ty stoisz pod nimi.

Już wiesz. Przekroczyłeś

i nie chcesz wracać.

 

Nie musisz już

pożyczać od niego spojrzenia,

patrzycie tak samo.

 

A poza tym jest blisko.

Tak blisko, że oddychasz nim

i łamiesz się z nim

swoim oddechem.

 

***

A oni potrafią już tylko kochać, kochać.

W dole leżą rzeczy, które nie przestały

za nimi tęsknić.

 

Ale oni otworzyli dłonie,

puścili i odfrunęli.

Unoszą się między

chmurami jak latawce.

 

Nie zapisują numerów,

nie zaginają rogów w książkach

i nie chcą sadzić drzew.

 

Mają wszystko

i wszystko już zrozumieli.

Przenika ich światło,

które jest miłością,

a oni na światło

odpowiadają światłem.

 

Nawet gdyby potrafili inaczej

nie chcieliby.

 

***

I ten dzień podpali się

na rynku wielkiego miasta.

Ktoś zdmuchnie twoją krzątaninę

wokół twojego ciała

i kilku okolicznych przedmiotów.

 

Oddasz jeszcze trochę ciepła łyżce, szklance.

Zostawisz ślady na klamce.

 

Zobacz, kończą już.

Ściemnia się i opada kurtyna,

ludzie kłaniają się na ulicach.

Popatrz jak szumiące samoloty

zabierają ich do nieba.

 

Było warto? Było,

o ile się świeciło.

***

Monika, zanim ją wypowiesz już znika.
Monika,  dzisiaj Rosja jutro Ameryka.
Trochę jej do Reykiawika, trochę do równika.
Ktoś widział jak pod osłoną nocy 
do Koluszek się przemyka.
Monika stale się wymyka.
Monika, poszukaj jej w wynikach.

***

Paulina światła przyczyna.
Paulina cała w bursztynach.
W koniczynach. W jaśminach
jej spojrzenia. Ona patrzy
migotaniami, wiszącymi ogrodami.
Skrada się zakosami.
Przerzuca kładki między nami.
Paulina kończy się
zanim się zaczyna.

***

Eulalia o imieniu rzadkiego motyla

schyla się i zamienia w skrzypce.

Nosisz ją w skrytce siebie.

 

Eulalia idzie brzegiem wiersza,

a jej włosów masz

pełno między słowami.

 

Eulalia cała jest z podmuchów

i drżeń. Zobacz, latem ma pełne

wzruszeń dłonie i ścieżki dymu

w oczach.

 

O niej szemrzą pociągi,

do niej płyną i płoną fortepiany.

 

Odwróć  się i tak jej nie napiszesz.

Zostawi  za sobą jakiś znak,

jakieś szpargały,

klucz wiolinowy zapachów.

 

Zamknie za sobą świat

jak głupią tajemnicę.

***

Niosły ją przeciągi światła,

nawet jej ślady nie należały do niej.

Traciła oddechy i westchnienia.

Przestępowała i przystępowała.

Podmuch przynosił jej zapach

i mieszał szyki zwiadowcom.

 

Kiedy myślałeś, że ją znasz,

wymykała się ze wszystkich powieści.

Zostawały po niej wygaszone ogniska,

prześwietlone negatywy.

 

Zbierałeś jej ślady

i zamykałeś w dłoni,

nazywałeś jej imieniem

ośnieżone szczyty.

Tuliłeś miejsca po niej.

Pisałeś ją znikającym atramentem.

***

Ona mnożyła światło

przez nieskończoność,

więc zdejmowałeś je

z powietrza.

 

To była prosta opowieść

przetkana przecinkami

jej stóp.

 

Tylko się zaznaczyła

w encyklopedii zapachów,

wpisała do księgi

rekordów blasku.

 

Dobrze pamiętasz jak

mgliła się w oddali.

Dlaczego do dzisiaj

ją piszesz.

 

***

Ola, moja nieostatnia wola,

z wiatru aureola,

policzyć jej nie zdołasz.

Ola, przyprószone światłem pola.

W oczach niosące się koła.

 

Ola, serca Porcjunkula.

Stajenka, w którą się oddech wtula.

Słowo, które rodzi się w bólach.

 

***

Kiedy wszedłeś cały jaśniejący do metra,

a ludzie zaczęli patrzeć na ciebie

i sami nie wiedzieli dlaczego.

 

Tylko je odbijałeś kruszynko.

Światło nie było twoje,

a ty cały byłeś z niego.

 

I kiedy patrząc na twarze widziałeś,

kto niesie je w sobie a kto nie.

 

Kiedy chciałeś przylgnąć

całym płomieniem do niego

i tak bardzo chciałeś,

żeby inni  też.

Oddechu, jak lekko milczałeś

do niego, kiedy każdy jego strzęp

scalał się w miłość.

Lusterko, szybko, witrażyku.

 

***

Mam w sercu dziurę

po kuli o kształcie Boga

a nad sobą wiele innych

odcieni  nieskończonego,

którego nie da się wyczerpać.

 

Pięć tysięcy wzorów na światło,

którymi nie da się go obliczyć.

Umieram bez Boga.

Za granicą tego wiersza

zaczyna się On.

 

***

Dlaczego nie podpisujesz się

pod listami z podmuchów?

Co się stało z sekretnymi

błyskami dawanymi lusterkiem?

 

Otwieram okno, a tam

nie ma ciebie, tylko noc

pada jak ostatni strzał.

 

Drążę tunele światła.

Okrążam miasta

w poszukiwaniu ciebie.

Przeszukuje niebo.

 

Kiedyś pachniałeś

deszczem albo sianem.

Teraz nie ma żadnych tropów

i tylko moje płuca i nerki

tęsknią za tobą.

Płoną i płyną do ciebie aorty.

 

Gdzie się zaszyfrowałeś?

Blizna po kuli, którą noszę

ma kształt ciebie.

Bądź tą kulą.

 

***

Wytęskniłem cię za wszystkich sił, wyjaśniłem.

Byłeś śmiechem na końcu leśnego korytarza,

za którym pobiegłem. Pachniałeś sianem,

a czasem deszczem. Tropiłem cię wytrwale.

 

Przedzierałem się za tobą jak przedziera się

przez gęste zarośla aż w końcu cię znalazłem.

Dzwonki na szyjach owiec wydzwoniły psalm

dla ciebie.

 

Teraz wszystkie ścieżki papilarne moich dłoni

prowadzą do ciebie. Jestem teraz księgą,

w której czytasz. Płomykiem, nad którym

ogrzewasz sobie dłonie.

 

Moje serce nadaje szyfrem tajne listy

do ciebie. Płonę do ciebie każdą

cząstką ciała. Mieszkam w kołysce

twojego serca. W hamaku twoich dłoni

***

Na czarno- białej fotografii

dwoje dzieci z wycelowanymi

w niebo dłońmi.

 

Pokazujących sobie Boga

jakby pokazywały

najzwyklejszy samolot.

 

Błogosławieni, którzy

mają czyste serca.

 

***

We wszystkich stacjach

niech nadają szelest deszczu

z tęsknoty za tobą.

 

Wszystkie kompasy

i policjanci na skrzyżowaniach

niech wskazują kierunek do ciebie.

 

I niech się okaże,

że masz w sobie

żagiew mojego żebra,

a ona świeci w tobie

jednostajnym światłem.

 

Niech wszyscy zobaczą,

że gdziekolwiek szłaś,

twoje stopy wydeptywały

moje imię.

Że kiedy szukałaś zgubionych

drobiazgów mnie szukałaś.

 

Niech to będzie wiadome

teraz, bo przebijają się już

przedświty i masz już ich

wszędzie pełno.

 

***

Nie ustawałeś w płonięciu

nieśmiały płomyku.

 

Ziemia jest końcem

dla  drżących powiewów,

więc wreszcie

zrobisz w sobie

miejsce na niego.

 

On cię otworzy

jednym oddechem.

***

Już mi się prawie nie pokazujesz

przeźroczysty ty mój.

Cały stałem się

umieraniem za tobą.

 

Język mi wysechł od wołania ciebie.

Przyjaciele i nieprzyjaciele

nazwali mnie przyobleczonym w ogień.

 

Ale tlę się tak delikatnie.

Gwiazdeczko, czy wiesz?

Tlę się tak delikatnie.

 

Już prawie w ogóle mnie nie ma.

Ten ognik niech zatoczy krąg

i spocznie na twoich kolanach.

***

Mgły stały na polach

jak pierwszokomunije dziewczynki.

Nie było słów.

Patrzyłem.

***

Błyski ślizgają się po wodzie,

ślą znaczenia.

Szepty świateł,

pomruki wody.

 

Światło uwięzło

w krtani rzeki.

Przeczuwa, że

jest jeszcze czymś.

***

 

Stykałeś się z nimi,

ale nie spotykałeś.

To były wtrącenia,

wyimki z życia.

 

Ta dryfująca biała

drobinka  w oddali to ty.

Jak zwykle bez nikogo

giniesz z oczu.

 

Odjeżdżasz bez pożegnania,

odpływasz gubiąc

pożyczone twarze.

***

Próba świateł
O co tu chodzi, a o co tu idzie,
o jaką stawkę i jaki najwyższy wyrok,
co znaczy ta krzątanina,
tamte postacie pochylone
pracowicie nad kartkami
piszące tylko puch i kurz
przekonane, że tworzą nieśmiertelne?

Jakim znakiem opisać oddech,
jak po Śnieg wyciągać rękę
i jak stawiać kroki, żeby
ze swoich śladów ułożyć jakiś napis,
jak oddychać, żeby przełamywać się
oddechem z kimś, kto usiadł obok.

Jak zasnąć za niego,
kiedy tak bardzo
chciałoby się jeszcze nie.

***
Samochody wieczorem na chodniku
jak wyrzucone na brzeg wieloryby.
Krzyki dzieci pod blokami,
strzępy czyjejś rozmowy.

Ty kiedyś też taki byłeś,
tak samo krzyczałeś i biegałeś.
To było w czasach, kiedy ważyło się
niewiele albo zupełnie nic.

To tylko tak, bo po co
o tym pisać. Więc samochody
jak wieloryby na chodniku.
Autobusy mknące po niebie
i rozwożące ludzi do snów
i bajek.

Gwar rozmów w knajpianych
ogródkach, ziewanie.
Dlaczego tak się
kończysz dniu.

***
Tamten bilet przed chwilą
tak ważny teraz lekką ręką
wrzucił do kosza.

Będzie tu chwilę tysiąc lat.
Będą jakieś twarze, dźwięki
i serca, które jak łódki z kory
zginą za zakrętem rzeki.

Wśród wielu czynności
między innymi puszczanie latawców,
ale któregoś dnia nigdy już
nie wróci do tej zabawy
i nikt nie będzie wiedział dlaczego.

Potem zstąpią się mgły,
on wyjdzie do przodu.
Zaczną błyskać, będzie się
kłaniał, klaskać.

Zapiszą to gdzieś,
później spalą.

***

Wieczorny powrót tramwajem,
lato, gwar miasta.
Nie do pochwycenia plątanina,
sylwetki, podmuchy.

Tamto dziecko, jego śmiech,
nie skopiują go do żadnego pliku.
Nie wchodzi się dwa razy do
tego samego miasta.

Plątanina nie do pochwycenia.
Nie napiszesz tego.
Jedziesz do mieszkania,
w którym mieszka powietrze.

***
Pierwszego grudnia w nocy
z przebitego boku nieba
płynęły łzy i krew.

Mieszały się z błyskami fleszy,
światłami dyskotek,
dźwiękami muzyki.

Obmywały twarze, ręce,
stopy ludzi, którzy
nie widzieli ich,
nie czuli.

Najczulsze biło dla nich
i płonęło. Rozdawało siebie.

 

***

Siedzieć u twoich stóp

i patrzeć w twoje oczy

dużymi dziecięcymi oczami.

 

Zasnąć na twojej dłoni,

a rano obudzić się i poczuć

jak ona otacza mnie

z każdej strony.

 

Powiedzieć ci na ucho

wszystkie swoje wiersze,

przed tym jak weźmiesz

mnie na ręce

i podniesiesz z radością.

Przed tym jak zalejesz moje rany

oliwą i winem.

***

Poranek cały w samotności,

odpływy w środku, atrapy miłości.

Spacer do sklepu na rogu ulicy,

wewnątrz wszystko oprócz metafizyki.

Więc wychodzę, zmieniam przestrzeń,

czuję jak pod stopami układa się powietrze.

Niosę zakupy, mam pełny kosz,

w nim oprócz Boga wszystko.

Mijam jakieś dzieci,

nieskończoność przegląda się w ich twarzach.

Zawraca i jaśnieje obok ołtarza.

W domu potrącam lekko tajemnicę,

z ikony spogląda na mnie Oblicze.

Mógłbym tak patrzeć na nie długo,

ale wychodzę na dwór za jasną smugą.

Może On tak zaprasza do opowieści,

błyskiem, szumem, powiewem twarz pieści.

Mijam chodniki, przebiegam ulice,

odwiedzam strychy, przetrząsam piwnice.

Tak co dzień szukam Go po mieście,

pusty, zmęczony a cały w świetle.

***

Prawie cały należał do obłoków

tylko stopami dotykał ziemi.

Nic stąd nie mieściło się w nim

i on w niczym się nie mieścił.

 

Wzywał go błękit, ojczyzna wyprostowanych.

Niebo słało mu długie i krótkie błyski, pocałunki.

Pisało coś czule na obłokach,

oddechach nieskończoności,

do których drzewa wyciągały ręce

i szeleściły księgi blasku.

 

***

Do niej jadą podziemne pociągi,

na nią biorą kurs nocne tramwaje.

Ona śle ciszę seriami, ławicami,

milczy pustymi ulicami.

 

Do niej prowadzą tajne mapy,

piszą o niej poranne gazety.

Wystawiają ją w teatrach,

mówią o niej na wielu pasmach.

 

Podrywają się w niej stada jaskółek,

drżą do niej aksamity, tiule.

Zatrzymaj ją w wierszu,

zapisz na powietrzu.

 

Spróbuj oswoić, znaleźć szyfr do niej,

bo już mgli się na końcu ulicy,

rozwiewa jakby była niczym.

***

Umarł Franz B. więc biel

odpłynie z kartek

i odjadą wielkie okręty.

 

Poluzują się wiązania,

puszczą liny, wiersze wyfruną

przez okno.

 

Będzie stroszyć się

po nim cisza.

Stół, szafa i książki

ogłoszą żałobę,

przykryją się płótnem.

Odsuną się

wszystkie przebłyski.

 

Będą uciszać się nawzajem wiatry,

cofną się deszcze,

bo nie ma Franza B.

I  nie ma odległych mgławic,

które szumiały w jego oczach.

 

***

Być dzieciakiem i z innymi

dzieciakami biec przez powietrze.

Być dzieciakiem i głosić wyższość wiatru

o smaku poziomkowym

nad wiatrem o smaku wiśni.

 

Albo na łódce z kory płynąć

za ocean. Nie wiedzieć, ile

waży oddech ani zupełnie nic

o przezroczystych skrzydłach.

 

Podnieść w całym kraju podatek

od szumu liści i wypuścić

na wolność wszystkich bajkopisarzy.

 

W sąsiednich królestwach

wywołać powstania miłości

i zamieszki spowodowane czułością.

 

Spać na puchu i dmuchawcach,

a samemu ważyć niewiele albo nic.

 

***

Nie jesteśmy stąd,

ciążymy do góry.

Wszystkimi tkankami,

kroplami krwi.

 

Mamy w oczach nieskończoność.

Nosi nas i nigdzie

na dłużej nie umiemy

się zatrzymać.

 

Nie meldowali nas tu,

nasze domy stoją

gdzie indziej.

 

Gdzie indziej jesteśmy

zapisani. W księgach blasku.

***

 

Masz na policzkach,

na rzęsach płatki moich wierszy

ze śniegu. Gdzie się wybierasz

rosyjska księżniczko?

 

Komu się mglą twoje oczy?

Tam ogniska, powstania i wilki

podchodzą pod okna, a tutaj śnieg

do ucha szepcze ci wiersz.

 

Napisać cię, napisać

i niech nie szumi

w nim wiatr między linijkami.

Nie wyjdę z niego cało.

 

***

Eulalia światła juwenalia.

Miłość w języku motyli

odległa jak Nowa

Południowa Walia.

Eulalia lata echolalia.

Eulalia cała w konwaliach.

 

***

Pieśń

 

Nasze żagle,

nasze skrzydła splotą się.

 

Miłość spadnie na ludzi z nieba jak

niespodziewana wiadomość.

Ustaną bitwy i zatrzymają się

 

w powietrzu lecące kule.

Wybuchną powszechne powstania miłości.

W różnych częściach świata

dojdzie do zamieszek

spowodowanych czułością.

 

Będę szukał cię, w tym niebitewnym

zgiełku, będę zwiedzał

twoje wszystkie południki

i równoleżniki. Nauczę się ciebie

 

na pamięć. Zagrają cię najlepsze orkiestry,

wystawią cię najlepsze teatry.

Najlepsi poeci w moim królestwie

wysławią twoje piękno.

 

***

Żyje w przeciągu

pędzących pociągów.

 

Chyba już zawsze nie stąd.

Jeżdżący z zaczarowanego sadu do miasta,

w którym pociągi płaczą jak ranne wieloryby

i tną się linie papilarne torów.

 

W którym podziemne wagony

wożą pustkę w tę i z powrotem.

Rzeczy go opuściły,

odsunęły się przedmioty

i nawet krzesło nie chce

go wziąć w ramiona.

 

Wyjęty spod prawa meldunku,

ciążenia i wiatru

z uporem wbija pale światła,

wyprowadza się ze świata.

 

***

 

Śnieg słów, ścieg świateł,

tkliwie tkana opowieść

z koślawych liter, westchnień

i śladów stóp.

 

Dopływy, odnogi,

nieistotne wątki.

Tamta wielka wtedy historia

jak gałąź wycelowana tak,

by nie trafić w stronę słońca.

 

Poza nią jest jeszcze

przemilczana istota

wskazująca skinieniem kierunek,

zresztą niesiesz ją w sobie.

 

***

 

Święte światło

 

Szukał sensu pod śniegiem,

choć sens był snem

i sen miał sens,

resztę prześpij.

 

Szukał miejsca na szachownicy

ulic, placów i miast,

dla siebie.

 

Nie mieścił się w mieście

i żadna gra nie

była dla niego,

człowieka z mgłą w oczach.

 

Przyjmijmy, że był ślepy,

a o świętym świetle

chwilowo nie wiedział nic.

Może stał cały w jego blasku.

 

Niewykluczone, że cel

wziął go na cel, przymierzył,

i właśnie przenikał do końca.

***

To działo się niepostrzeżenie,

przemykał w miejscu,

tracił nie wiedząc nic.

 

Snuł się po ulicach

i snuł sobą opowieść

o wiecznym falowaniu, drżeniu.

 

Drżały mu ręce,

więc upuszczał czasem

chwile jak łyżeczki.

 

Coś traciło się na horyzoncie,

a czasem rozjaśniało przystań i pokój,

więc spychał na wodę łóżko jak łódkę

i stawiał żagiel siebie,

przez który wiały opowieści i wieczory.

 

I zanim światło wysłało

na odsiecz swoją przednią straż

noc tysiąc razy wymierzyła

w niego swój pistolet,

zepsutą cyrkową atrapę.

 

***

 

Tak zwane życie,

cała ta wyprawa po oddech,

niewielka krzątanina za światłem.

Kilka nieuważnych potrąceń,

jedna czy dwie dłuższe opowieści.

Przymierzanie ust

do oddechów i lusterek.

 

***

 

Ona

 

Wszystko porzucone jakby

wyszła przed chwilą,

jakby wybiegła

jak mała dziewczynka

porzucając niedbale rzeczy.

 

Przedmioty cierpliwie czekają

wyprężając się na baczność.

 

Szklanka czeka

na jej ciepłą dłoń,

lusterko na jej uśmiech.

 

Nie mogą się jej doczekać

pożółkłe listy schowane

na dnie szuflady,

fartuch i zegar.

 

Nawet on, zawsze taki

rzeczowy i konkretny

rozkleił się

i zalał się łzami.

 

Czasem przychodzą

wieści ze świata,

ale żadnych

wieści od niej.

 

Przedmioty szepczą, szemrzą,

szmer narasta jak gwar ulicy

albo łopot ciemnych chorągwi.

 

***

 

Czas sączył się z palników,

czas sączył się z kratek w

suficie. Jacyś ludzie

chwytali się za twarze i upadali.

 

Zabijały nas poranki,

rozstrzeliwały wieczory.

Spadały na nas

maczety zmierzchów.

 

Płonęły nasze książki,

nasze miasta zarastały

lasy. Przepadaliśmy gdzieś

i uznawano nas za zaginionych.

 

Pisano o nas w poczytnych

pismach o archeologii.

Współczesne sławy geologii

poświęcały nam

uczone traktaty.

 

***

Tu gdzie nawet drzewa mówią

patrz w górę, ten dzień kto zapomni?

 

Kto dłońmi na szybie

będzie go szybko zapominał?

Jakie deszcze spiszą wspomnienia

na naszych ciałach? Ktoś je przeczyta?

 

Tamten chłopiec, który biegł

kiedyś latem po sadzie,

tylko ja o nim pamiętam?

Jaki czas rozstrzelał jego

niebieską koszulę?

W którym roku aresztowali jego

mały drżący cień?

 

Dzieciaku, szalony chłopcze,

który kradłeś kiedyś

jabłka w sadzie,

jeszcze zobaczysz,

popamiętasz, nikt o tobie

nie będzie pamiętał.

 

***

Zmierzchy

 

Zbliżała się pora palenia ognisk.

Pora poruszeń duszy,

splątanych w warkocze dymu.

 

Rozstrzelano słoneczniki. Umarło

lato i jeszcze jeden

liść wplątał się we włosy

staruszkom jak

spojrzenie dawnego kochanka.

 

Zielono-żółte drzewa

stały rozdarte między

latem a jesienią. Ziemia

toczyła się po stole do przepaści.

 

Przyszły chłodne tchnienia,

coś osunęło się z hałasem na ziemię.

Chciałeś coś cofnąć i cofałeś się

o parę kroków do tyłu.

 

Nadeszły inne szarże,

inne wejrzenia. Dłuższe

cienie, głośniejsze krzyki wron.

 

Wracałem przez to, czym

oddychałem i co czułem. Park,

pałac, plecak, krzyki

chłopaków, słońce tylko

ciepłe rozgościło się na moich

dłoniach. Wtedy tak wracałem.

Wystarczyło chwycić nitkę

babiego lata a już się leciało

nad miastem.

 

Albo konno. Albo

trochę dłużej przez Amerykę

Albo na dzikich gęsiach

czy centaurach.

 

Potem wieczorne deszcze.

Okna drżały z zimna

i strachu. Z nieba spadały

wiersze o zimie.

 

W nocy pod okna podchodziły

zwierzęta, przychodzili bohaterowie

z książek.

 

Wieczorami biegałem, bawiłem się

z chłopakami oblepiony jesienią.

Nie znałem jeszcze spadającego

na serce ciemnego płótna.

 

Miasto było jak sad pachnący.

Nie wiedziałem, że kiedyś

wyjdę z niego, a drzwi

zatrzasną się za mną.

 

Zmierzchało się, jesienniało.

Zmierzchałem się.

 

***

Dzień podpali się

pod ministerstwem wiatru.

Wstążki mety zatrzepoczą

w warkoczach dziewczyn.

 

Deszcz wieczny szpieg

będzie szeleścił w duszy,

zawsze tak masz, gdy szkoda.

 

Pocałunki i dotyki,

one też pójdą w dym,

ale to co się od nich

zajmie ogniem długo

będzie nie gasnąć.

Wiesz?

 

***

Stacja

 

Kiedy się rozstawali

na tamtym peronie,

myślał, że to na krótko.

 

Więc czekał i czekał.

W tym czasie

posiwiało lustro

w pokoju a kuchenne

krzesło umarło

ze starości.

 

On zaś co dzień

przychodzi w to

samo miejsce

na stację i obejmuje

powietrze po niej,

całuje się z wiatrem.

 

***

Ona była cała z westchnień motyla,

więc kiedy wyszła

wszystkie motyle płakały po niej.

Nie było jej i nie było

i nie było też światła,

 

którym można by ją napisać.

Jego ręka gładziła

wgłębienie po niej,

niosły się w jego oczach

nieskończone koła.

 

***

 

Bo nasze splątane oddechy

to wiszące ogrody. Która

jesteś świergotem traw

i nie ma jak cię napisać,

bo już zstępuje się za tobą

nieme światło.

 

Której skowronki świętować

i ślady zamykać w dłoni,

ale samą nie teraz,

nie w tym wierszu.

 

***

Wiózł swoją małą duszę.

Dusza była dziurawa i wciąż

jej było mało Boga.

 

Z tęsknoty wrzucała

w niebo butelki

z miłosnymi listami.

 

Kiedy wyglądała deszczu,

tak naprawdę

nie na deszcz czekała.

 

Cała była znakiem,

więc nie dziwiły ją

wyciągnięte dłonie.

 

Wiedziała, że wszystkie

pokazujące coś ręce zawsze

pokazują to samo.

 

***

 

Psalm

 

Duszo, duszyczko błogosław,

wiem, że chcesz.

I pamiętać, że on

w upalne dni ocierał

twoją twarz wiatrem.

 

Wszystko co w tobie niech

wyrywa się do niego.

Nerki i płuca niech

tęsknią za nim. Płoną

i płyną do niego aorty.

 

***

Co robisz duszyczko tutaj

w gwarze modlących się pociągów?

Czego szukasz i dlaczego

blizna po kuli, którą

nosisz ma kształt Boga?

 

Do kogo dymisz się od tylu lat

i nawet przez sen modlisz się

do kogo?

 

***

Cały opływał w światło,

które szturmowało jego serce.

 

Z każdym przypływem zapadał się

w nim, nie wiedząc, nie rozumiejąc,

dlaczego schyla się do niego.

 

Światła chciał coraz

więcej i coraz bliżej.

I wszystko zostawić dla niego,

którego każdy strzęp

scalał się w miłość.

 

***

Nagły przypływ zimy

i tyle naraz światła

ze wszystkich stron świata.

 

Tyle naraz Boga.

I tu i jeszcze tam.

Stworzenie, rozsypane

ślady. Podmuch z gór,

tchnienie bieli.

 

Jeden z Jego wierszy

Tatry, całe w śniegu

I smukłości. I słowo,

które przyszło

i szuka dla siebie

miejsca.

 

***

Płomyki ludzi garnęły się

do góry wyciągając ręce.

Stałem z podniesionymi.

Gdzie się zaszyfrowałeś?

Jestem głodny ciebie.

 

W prezbiterium

i pod sklepieniem

mojego ciała

mam dla ciebie

miejsce, wszędzie.

 

***

Boży Nazirejczyku, już

rzucić się w jego ramiona.

Dać się ogarnąć, bez reszty

przepaść w nim, jak kamień

w Wodę.

 

Przecież ty całym oddechem

nim oddychasz i jego imię

niesie się w twojej krwi.

 

***

 

Love story

 

On wstanie i odbezpieczy tabletkę

jak zawleczkę i połknie ją. Jego

ciało rzucone w noc,

w jej niejasną partyturę będzie

widniało, jaśniało, tuliło się

 

do powietrza, kołdry, kochało

koce, poduszki, z wiatrem się miłowało.

 

Będzie leżało na brzegu

obmywane przez przypływ świtu,

spokojny oddech światła,

które niedługo wyjaśni wszystko,

 

odsłoni końcowe napisy

na jaśniejącej ścianie i nic,

które spało z nim,

jakieś wgniecenie

na poduszce obok.

 

***

Najpierw wydymią cię

do końca moje usta,

a potem oswoję cię, obłaskawię

wierszem. I przez całą

 

noc moje serce

będzie wysyłało pod nieznany

adres staroświeckie depesze,

relacje z frontu tęsknoty,

z półwyspu zesłania.

 

A nad ranem pomyślę, że gdzieś

tam przecież jesteś,

mówisz coś do kogoś,

kochasz, poprawiasz włosy.

 

A może stoisz kilka

kroków ode mnie albo jedziesz

tym samym pociągiem i zaraz

wysiądziesz na tej samej stacji

i potrącisz mnie niechcący

ramieniem. I spojrzę na ciebie

i wtedy rozdzwonią się wszystkie

dzwonki, rozpędzą nie wiadomo

dokąd wszystkie pociągi.

 

***

 

Ieństwo po krew ich łączyło.

Rozdzielali siebie nie rozdzierając.

Wciąż przybywało, ogarniało

i nie tracili nic ze światła,

które zdobywało ich,

więc oddychali sobą

i byli swoją rzadką

grupą krwi, która

szumiała o więcej i śnieg.

 

***

 

W pociągu

 

Stali tak i ukradkiem

spoglądali na siebie,

a między nimi

szumiały galaktyki

i płynęły niewidzialne rzeki.

 

Kładły się między nich

wielkie sprawy

i w połowie drogi

trzepocząc skrzydłami

rosło wielkie nienazwane.

 

Ich cienie prężyły się

gotowe do skoku.

Fruwały znaki zapytania,

urwane zdania.

 

Zbliżała się stacja,

na której trzeba

było wysiąść.

 

Ale w nim i w niej

pędziły pociągi,

które nie potrafią

się zatrzymać.

 

***

Partyzant

 

To było tak, ze wszystkich

mgławic tego miasta

wybrałem ciebie.

Jaka noc cię wchłonęła,

 

zgarnęła i kto nauczył cię sztuki

przepadania w najbardziej nieodpowiedniej

chwili? Które ze świateł

w szemraniu tego miasta to ty i którym

autobusem jedzie się do twoich

ust? Jestem chory,

 

moja choroba nazywa się tak

jak twoje imię i oprócz ciebie

nie znam już innego tlenu.

Oprócz ciebie nie ma ani jednego

oddechu, a ja mam w sobie

 

wojnę, wiele wojen,

które wybuchły we mnie

bez wypowiedzenia.

I jest przeciw mnie niejedno

miasto, a ze mną tylko ten staroświecki

partyzant serce o wiecznie

zamglonych niebieskich oczach.

 

***

 

Bez niej jego cień

prześwietlał się

w stronę śmierci

i trzeba było

podawać mu tlen.

 

Opisywało go puste

i miał je też w sobie,

kiedy wszystko w nim

wyrywało się do niej.

 

Tak było odkąd ją zobaczył

i tak jak stał,

wybiegł za firanką światła.

 

***

Szukał jej w twarzach innych kobiet

i na wszystkich pasmach.

Przeszukiwał kieszenie,

przetrząsał szpargały,

przeczesywał miasta.

Milczała po niej sukienka, apaszka.

On garbił się w znak zapytania

i wszystko było w nim spadaniem.

 

***

 

Ślubowali sobie światło,

stałem blisko i kiedy organy weszły w niebo,

a oni wyszli z kościoła, widziałem

że szli we dwoje, zostawiając za sobą

ślady jeszcze kogoś trzeciego.

 

***

Pisanie

 

I jak tu bez ciebie apaszko blasku

spierać się z powietrzem?

Ratuj mnie podmuchu światła,

skrywaj, nieś mnie od zdziwienia

do zdziwienia. Jeszcze tyle jest żagli

i ścian, na których można spisać

wiatry i ogniska.

 

***

 

Boże, jakie święto.

Wszędzie mam pełno światła.

Pod koszulą i we włosach też.

Co to może być i jakie to niepojęte,

że zwyciężyło, przełamało

i jest się pisanym śniegiem.

 

***

 

Miasteczko

 

Tutaj dni przetkane cierpieniem

wędrują z babim latem. Własne cienie

ścigają nas. Nasze życie jest tu mgiełką na szybie.

Nasze dramaty roztapia słońce w zimie.

Ulice znają tu jedną melodię,

wszystkie ucieczki są do siebie podobne.

Zostali, zostaną z małymi miasteczkami

w oczach następni. Z twarzami zadymionymi

przez czas. Porty, do których mieli

dopłynąć staną w ogniu. W bieli.

 

Przepadniemy tu pod popiołem, śniegiem.

Może sprzedadzą nas do muzeum, gdzie białym płótnem

ktoś nas przykryje i zamknie w jakiejś sali.

Może nawet będziemy wołali.

Ktoś kopnie w drzwi kilka razy.

Potem cisza nas zwali z nóg, przerazi.

Zaszepczą nas, zaciszą, zapomną za karę

strażnicy, zwiedzający, rzeźby, lustra, stare

obrazy, rękopisy książki. Zostaniemy sami.

Zapiszemy się na oknach nienapisanymi wierszami.

Potem spróbujemy się rozmarzyć,

że coś się jeszcze zdarzy.

***

Piosenka o miłość

No kochajcie mnie,
martwego i nie.
Niech czyjaś dłoń będzie dla mnie latarenką,
pobijcie w przytulaniu rekord.
Wyczerpcie limit dobrych słów.
Zróbcie użytek z szalików,
z tego między płucami szalonego piku piku.
Zabliźnijcie się ze mną znów.
Pożyczcie przynajmniej trochę miłości.
W obfitości ciepłych oddechów przesadźcie.
Wywieście czułość na każdym maszcie
i pochylcie się nade mną czule.
Wzruszeniu pozwólcie sobie ulec.
Kochajcie mnie choć trochę,
kłaniam się, schylam się, proszę.

***

Ocal moje światło

Pasterzu, nakryj

 

mój płomyk swoimi rękami.

Niech jeszcze będę przejrzysty i

dobry jak śnieg.

 

Żebyś mógł widzieć

przeze mnie innych ludzi,

inne tęcze. I żebym ja umiał

 

przełamywać się sobą,

dzielić się okruchami blasku.

 

***

Niech moje serce

będzie jak biały gołąb.

 

Taki niech będę

dla Ciebie.

Prosty i czysty.

***

Poranki

 

To cofało się z trzaskiem, łomotem.

Osuwały się cienie.

Światło zdobywało przyczółki,

zajmowało miejsca.

 

Świat otwierał się i wbiegałem w niego

bosy i roześmiany.

 

Za horyzontem drżały przygody,

ziemia pachniała dobrem.

Wiatr przynosił zapach

wiosennych dziewcząt.

 

W sadach tańczyły

jabłonie w weselnych welonach.

Wtedy żyło się w sadach,

mieszkało się w kwiatach,

przyjaźniło z elfami.

 

Kiedy nad ranem rozchylały się

płatki, przecierałem oczy

i zdziwiony wychodziłem

na świetlisty świat.

 

Miałem kieszenie pełne słońca.

Roznosiłem zachwyt po łąkach.

Żyłem więcej, tysiąc razy bielej.

 

Ocalałem w sobie światło.

 

***

Jeden

 

Tamten skulony w

ciemnościach pokoju mężczyzna,

któremu wyjęto miłość jak żebro.

 

I któremu odjęto siebie,

cień i powietrze.

 

Jest tu tylko on,

wysunęło mu się spod głowy

życie jak poduszka.

 

Pokój jest duży,

jest wiele miejsca

na dotyki.

 

Z pewnością zmieściłyby się

jeszcze słowa, dłonie

szukające twarzy

i zaplątane we włosy.

 

Znalazłoby się bardzo dużo

miejsca na

konwalie jej bioder

lub muzykę jej ciała.

 

Jest tu wiele powietrza

do przytulania. Wiele wiatru

do kochania.

 

***

 

Bo dłonie tego miasta chcą

nas rozdzielić. I będę jechał do ciebie,

zmieniając autobusy, myląc

tropy. Bo pokochałem wilgi

twoich uśmiechów.

 

Chociaż miasto porwie się

przeciwko mnie i zrobi wiele.

Będę przekradał się po twój

uśmiech, otwarty nawias.

 

Między nim a moim uniesieniem warg

jest wielka przestrzeń i ulice

wielkich miast szumią tu z tęsknoty.

 

***

Między nami lata

biały e-mail smutku,

gołąb niezrozumienia.

 

Nie spotkamy się w słowach,

nie zamieszkamy nawet

w tym wierszu,

 

czarnowłosa cisza położy

się między nami.

 

Napisałem ci siebie

i nie przeczytałaś mnie.

Blisko znaczyły moje

usta, ich wyrazy.

 

***

Będzie tak, rozpieszczę

cię poziomkami. Zastrzelę

cię celną metaforą.

 

Zapiszę cię w

mapach i atlasach,

przepiszę wszystkie twoje

południki. Naniosę na

mapę twoje linie.

 

Ale jeszcze teraz

jesteś milczeniem

i bielą między wersami.

 

Najwięcej zdarza

się między nimi.

 

***

Jaki jeden jesteś w szumie

podziemnych pociągów.

Jak patrzysz na

tamtą dziewczynę,

do której i tak

nie podejdziesz.

 

Przecież nie ma

tego w regulaminie

a ta dziewczyna ona

mieszka w

szufladzie pudełku z

innym napisem.

 

Więc możesz już

tylko umierać do stu?

Nosić swój cień

na rękach zamiast

jej sukienki?

 

Jak podzielny przez

siebie jesteś, gdy po nagłym

szarpnięciu zaciskasz

na powietrzu dłoń,

myśląc, że stąd

nadejdzie ratunek.

 

***

Wejść i rozpaczliwie szukać śladów po niej,

znajdować na pościeli jej włosy, jej sny,

odbić linie swego ciała w miejscu gdzie

leżała. Przymierzać do siebie nasze cienie,

wchodzić w jej zapach jak w bardzo starą podróż,

jechać do niej przez obrazy, muzea,

najpiękniejsze wiersze i dymiące łąki.

Wędrować do niej przez pustkowia i wymarłe odkąd

wyjechała miasta, poczuć jak z miejsc cofa się

światło odkąd je opuściła. Jak śmierć wywraca je

na drugą stronę. Iść za muzyką jej ciała,

zbierać jej wszystkie ślady.

Coraz bardziej wchodzić w jej światło,

w zapach jej miłości.

 

***

Nad ranem

 

jest moje ciało wyłowione z nocy,

wyrzucone na brzeg i przykryte żaglem,

wróciłem, widziałem

dalekie kraje, poznałem nowe

zapachy i kolory,

wachlarze niemożliwych zdarzeń,

przepięknie przewidziane przypadki,

jestem, odesłali mnie i jestem,

jestem nieprzyjęty, przejęty nieprzyjemnym

przyjęciem, poruszony pożegnaniem,

owinięty w żagiel i zawrócony, zwrócony morzu,

jestem jeszcze

***

Albert Chmielowski, wieczór na Foksal.

Pasy światła, pasma przeczuć,

nie do końca zrozumiałe znaki.

 

Gdzie prowadzisz? Czego chcesz?

Dzisiaj wiersz tak bardzo przenikał się

z oddechem. Postacie z obrazu

biegały przed nami. Mnożyły się

przeniknięcia. Jeśli ty byłeś człowiekiem

to on, to w nim_________

 

Jak się pochyliłeś? W jaką dolinę

zszedłeś? Obejmuję cię w żebraku,

odwiedzam w więzieniu.

Leżysz w szpitalu i mieszkasz na ulicy.

To ty, brat cię poznał,

umył ci stopy.

***

trzymaj się, chwytaj się brzytwy

krzyża, rób to, co robiłeś, dalej ślij znaki

i posłańców, rozpalaj ogniska, zwracaj

na siebie uwagę. Niech dalej

wylatują z twoich ust modlitwy

i siadają na dłoni Boga, wołaj Boga po

imieniu, zapraszaj do siebie

 

***

Ten dzień też pójdzie w dym

i rozniosą go na butach przechodnie.

 

Ten dzień cały w pochodniach

masz jeszcze we włosach

i kącikach ust, jeszcze

 

spływa z ciebie cały w błyskach

i zapachach.

 

Rozdzielą nas, odbiorą nam siebie,

już wyciągają się po nas ich ręce.

 

Zapomnimy co nas dzisiaj spotkało,

rozmyją się nasze dłonie, rozmowy i listy.

Ogień przetoczy się po wszystkim.

Wiesz, że byłem dzisiaj szczęśliwy?

***

Pieśń

 

Nasze żagle,

nasze skrzydła splotą się.

 

Miłość spadnie na ludzi z nieba jak

niespodziewana wiadomość.

Ustaną bitwy i zatrzymają się

 

w powietrzu lecące kule.

Wybuchną powszechne powstania miłości.

W różnych częściach świata

dojdzie do zamieszek

spowodowanych czułością.

 

Będę szukał cię, w tym niebitewnym

zgiełku, będę zwiedzał

twoje wszystkie południki

i równoleżniki. Nauczę się ciebie

 

na pamięć. Ziemia będzie rzucać

dmuchawce do twoich nóg.

 

Będziemy podpalać miłością,

pałać jasnością. Podpiszemy

światłem tajne protokoły.

***

Jego krew szumiała

o miłość na wszystkich pasmach.

Miał dłonie całe

w pochylonym piśmie,

liście do ciebie.

 

W nocy jego serce

nadawało szyfrem w niebo

niekończące się depesze,

na które ono odpowiadało

długimi i krótkimi błyskami.

 

***

 

Bo nasze splątane oddechy

to wiszące ogrody.

Która jesteś świergotem traw

i nie ma jak cię napisać,

bo już zstępuje się za tobą

nieme światło.

 

Której skowronki świętować

i ślady zamykać w dłoni,

ale samą nie teraz,

nie w tym wierszu.

 

***

Pustka zwalnia spust

i daje upust fali.

I niesie mnie to

 

i poddaję się

temu. Nadaję wodzie

imię miłość,

ratuję się nazywaniem.

 

Uzupełniam brakujące

elementy światła. Myślę

o naszych ciałach

jak dwie krople

bez końca szukające

się na szybie.

 

***

Śnieg

 

w jego sercu topniał, ciekł,

zalewał piwnice, piętra.

Nikt nie rozśnieżył się do niego.

Nie rozmarzyły się do niego żadne ręce.

Choć chciał śniegiem obdarowywać,

rozjaśnić się dla kogoś na oścież.

Narazie tulił do siebie sople

lodu, komety.

Czasem ze wszystkich

sił rzucał za siebie dwa cienie.

 

***

Ocal w sobie kolędę,

przełam się z kimś sobą.

 

Pozapalaj światełka

w oknach i oczach.

Niech miłość zatopi

miasta, łąki.

 

Chłopczyku, gwiazdeczko,

świeć.

 

***

A jego złożone

dłonie dymią się w niebo,

rozgarniają chmury.

 

Latawce jego

rąk na modlitwie

płyną w niebo, znaczą.

 

I tęcza się przechyla,

on ocieka tęczą.

 

***

 

Wypełnij mnie.

Potrzebuję odrobiny Boga,

strzępu światła.

 

Niech moje wiersze

dymią się do ciebie.

 

W pokoju zalanym nocą

zapal mi jedną zapałkę,

podaruj jedną niezapominajkę.

 

***

I wtedy w nim słychać chóry.

W małym chłopcu z trzepoczącym

sercem, który przyklęknął

na końcu kościoła.

 

***
Modlitwa

Dziewczynko za zapałkami
módl się za nami
Monstrancji lampko
tajemnicza westalko
włosów pochodnio
dziewczynko pogodna
Rusałko rzeczna
kładko niebieska

Dziewczynko z zapałkami
módl się za nami

Słowianko w chustce
z palmami na odpuście
Pastuszko bosa
z wrzosami we włosach

Dziewczynko z zapałkami
módl się za nami

Gdy masz trochę czasu
Gdy Mały nie płacze
Gdy spacerujesz po niebie
Przytul mnie czasem do siebie

***

Po deszczu

A listek brzozy
to będzie statek wielki,
którym ocean kałuży
przepłyniemy w drodze po muszelki.

Na takim listku tatko
mój kiedyś zwiedził świat cały.
Dzisiaj to zdarza się rzadko,
kiedyś tak dawniej bywało.

Płyniemy już długo,
chyba od podwieczorka.
Aż widać w końcu zieloną smugę
krainy o siedmiu portach

***

Krótka i  dramatyczna  historia ludzkości z uwzględnieniem epok literackich

W antyku

ludzie nie mieli pamięci zaniku.

W średniowieczu

opierali się na żonie lub na mieczu.

W renesansie

zasypiali w kinie na seansie.

W baroku

myli się raz do roku.

W oświeceniu

mówili przeważnie o jedzeniu.

W romantyzmie

zapomnieli o mimetyzmie.

W pozytywizmie

nie chcieli słyszeć o negatywizmie.

Ludzie Młodej Polski

straszyli dzieci Świętochowskim.

W dwudziestoleciu

słuchali jak wróble lecą.

We współczesności

poddawali się każdej nowości,

a zwłaszcza postmodernistyczności,

z której zostaną same ości.

 

***

Łąka pod Liwem wstępuje w niebo.

Opuszczają się świetliste dmuchawce,

czajki unoszą jej płótno do góry,

dymią się trawy.

 

Światło  kapie z witraży drzew

nie uczynionych ludzką ręką.

Żadne z ziaren ziemi

nie wskazuje na siebie.

Najmniejsze włókno trawy

wstępuje do chwały.